
(artykuł ukazał się 16 lipca 1991 roku w 8. numerze polsko-amerykańskiego tygodnika sportowego „Sport Review”)
Tekst: Wojciech Michałowicz
James Worthy może czuć się dziedzicznie obciążony. Los dał mu nazwisko, które jak mało kogo zobowiązuje go, by stać się naprawdę kimś w życiu. A że natura obdarzyła go wzrostem 205 centymetrów, musiał zostać zawodowym koszykarzem. I to nie byle jakim. Bo słowo worthy znaczy wartościowy, cenny, godny, zasługujący na powszechny szacunek.
Niełatwo jest wybić się ponad innych w uniwersyteckiej koszykówce. Setki drużyn, tysiące graczy głodnych sukcesów i sławy, złaknionych pieniędzy i zaszczytów, gotowych zrobić wszystko w zamian za angaż w National Basketball Associaton. Worthy zdobył pracę w profesjonalnej lidze już po ledwie trzech latach gry w North Carolina University. Wtedy nie po raz pierwszy udowodnił, że jest godny swego nazwiska. W drafcie do NBA po sezonie 1981/82 przyznano mu najwyższy numer. To nie tylko nobilitacja. To zapowiedź, że rozpoczyna się kolejna nieprzeciętna kariera.
Zaangażowali go Los Angeles Lakers – drużyna, która właśnie zasiadła na mistrzowskim tronie w NBA. Szefowie kalifornijskiego klubu długo prowadzili skomplikowane pertraktacje z przedstawicielami Cleveland Cavaliers, zanim odkupili od nich prawa do pozyskania gracza z numerem pierwszym. Worthy miał dla nich najwyższą wartość nie tylko dlatego, że nieco wcześniej zdobył z Północną Karoliną akademickie mistrzostwo Stanów Zjednoczonych. Został uznany najlepszym koszykarzem finałowego turnieju, a w decydującym o mistrzostwie meczu z Georgetown University uzyskał aż 28 punktów. Worthy idealnie pasował do nowej koncepcji gry Lakers. Pata Rileya opanowała wtedy szalona idea stworzenia zespołu, w którym wszyscy zawodnicy bez względu na zajmowaną na boisku pozycję, mierzyliby 6 stóp i 9 cali czyli 205 centymetrów. Takiego teamu nie było jeszcze nigdy w długiej historii koszykówki.
W sezonie 1982/83, pierwszym dla Worthy’ego wśród profesjonalistów, w mistrzowskiej drużynie występowali tak słynni gracze jak Kareem Abdul - Jabbar, Jamaal Wilkes, Bob McAdoo, Norm Nixon, Michael Cooper no i oczywiście sam Magic Johnson. Niełatwo jest znaleźć wspólny język z tej miary koszykarzami. Nawet dla kogoś takiego jak Worthy. Szóste miejsce na liście średniej punktowej drużyny z 13. 4 pkt stanowiło spore osiągnięcie dla debiutanta. W kolejnym sezonie James wywalczył już sobie stałe miejsce w pierwszej piątce Lakers i tak już zostało do 1994 roku.
W dekadzie lat 80. święcił z nimi niepowtarzalne triumfy. Podobno wszystko zawdzięczał goglom, grubym okularom chroniącym oczy, noszonym na wzór Jabbara. Zaczął je nosić w 1985 roku, po odniesieniu poważnej kontuzji oka i w tym samym roku zdobył swój pierwszy tytuł mistrzowski. Następne stały się jego udziałem w 1987 i 1988 r. Był jednym z tych, którzy tworzyli niepowtarzalną, widowiskową koszykówkę, nadając jej wymiar ogólno-amerykańskiej atrakcji. Stanowił główną siłę, doprowadzającą Lakers do bezprecedensowych sukcesów. Miał opinię najszybszego skrzydłowego ligi, niezastąpionego w szybkim ataku, fantastycznego skoczka. Nikt jak on nie potrafił wykończyć wspaniałych podań Magic Johnsona efektownymi wsadami, rozgrzewającymi publiczność - nie tylko w hali Great Western Forum - do białości. To właśnie dzięki niemu Magic stał się wtedy liderem wszechczasów NBA w liczbie końcowych podań.
W każdym innym zespole James byłby supergwiazdą. Ale nie w Mieście Aniołów, nie w drużynie takiej jak Lakers. Zawsze pozostawał w cieniu Johnsona i osiągnął jedynie to, że wymieniano go na drugim miejscu wśród twórców „Showtime”, ciągle po Magicu. Play-offy w 1988 roku należały jednak do niego. Nawet Magic nie był w stanie mu dorównać. W finałowej, decydującej batalii z Detroit Pistons, Worthy został wybrany Most Valuable Player. Głównie za to, że uratował mistrzowską koronę Jeziorowców. W siódmym i ostatnim meczu jednego z najbardziej dramatycznych finałów NBA zdobył aż 36 punktów. Dzięki niemu okres dominacji radosnej koszykówki został przedłużony o jeszcze jeden sezon. Czas demolujących rywali Tłoków z Detroit jeszcze nie nastał.
James bardzo często bywał nazywany barometrem. To nieco dziwny sportowym pseudonim. Oznacza on, że jeśli small forward z numerem 42 na plecach jest w dobrej formie, Lakers są nie do pokonania. Gorzej, gdy znajduje się w nienajlepszej dyspozycji. Tak było w finale 1989 roku, kiedy przeciwnikami Lakers byli ponownie Pistons. Bezpardonowo walczący defensorzy: Dennis Rodman, John Salleyn i Rick Mahorn; odebrali mu chęć do gry. Worthy był tak bezsilny jak nigdy przedtem. Podobnie jak i inni gracze najwspanialszej drużyny lat 80. Taka sytuacja powtórzyła się na dodatek w drugiej rundzie play-off 1990 roku. Phoenix Suns nie mieli litości dla utytułowanych konkurentów. James nie trafiał pewnych rzutów. Nieustannie zdejmował swoje gogle. Jakby nie dowierzając temu, co widzi.
Wspaniała epoka Lakers znalazła swój kres. Pożegnał się z Los Angeles coach Riley, odeszło kilku graczy. Nowy trener Mike Dunleavy narzucił najbardziej widowiskowo grającej drużynie NBA bezlitosne kanony nowej taktyki. Mniej efektownej, lecz jak się rychło okazało, niezwykle skutecznej. Lakers znów przebili się do wielkiego finału w 1991 roku. Worthy nadspodziewanie szybko dopasował się do całkowicie odmiennej taktyki. Po raz pierwszy w karierze został najlepszym strzelcem zespołu w regular season. Wielokrotnie udowodnił również, że potrafi zagrać w obronie równie skutecznie jak w ataku. Przekonał się o tym w play-offach zwłaszcza supersnajper Golden State Warriors Chris Mullin, a potem osiłki z Portland Trail Blazers - Jerome Kersey i Buck Williams.
Ten drugi zawodnik - podobnie jak Worthy - to również „okularnik”. Kiedyś swoimi goglami wzbudzał sensację tylko Jabbar. Potem zawodowych koszykarzy noszących okulary było jeszcze kilku. Moses Malone, Kurt Rambis, Thurl Bailey, Roy Tarpley, a następnie także Hakeem Olajwuon, Horace Grant, John Salley. Jednak Worthy długo był najlepszym okularnikiem, toczącym wyrównane boje z samym Larrym Birdem, a z Jabbarem tworzył niepowtarzalny duet. Amerykańscy komentatorzy sportowi uwielbiali się bawić zbitką słowną „worthy jak Worthy”, a James doskonale potrafił sprzedać swoje nazwisko. Zarobki w wysokości dwóch milionów dolarów nie zaspakajały jego ambicji i potrzeb. Dochody z reklam firmy Starter (ubiory) i New Balance (buty) przewyższały te kwoty. Twórcy haseł reklamowych chętnie z nim współpracowali. Wystarczyło przecież powiedzieć „trust Worthy” (ang. zaufaj godnemu zaufania).
Na koszykarskim parkiecie Worthy imponował walecznością i bojowością. W życiu prywatnym był podobno uosobieniem spokoju. Jego żona Angela, piękna brunetka, była aktorką. Poznali się jeszcze w Północnej Karolinie. W pewnym momencie przyszłość jego małżeństwa stanęła pod znakiem zapytania. Rozgłosu nabrała bowiem jego przygoda w Houston z policjantkami z wydziału obyczajowego, przebranymi za prostytutki. Z aresztu wyciągnęli go dopiero, tuż przed meczem z Rockets, przyjaciele z drużyny. Angela długo nie chciała się spotkać ze zwolnionym warunkowo mężem.
Worthy nie grał do końca w swym ostatnim finale NBA 1991 roku. Zszedł z boiska po trzeciej kwarcie czwartego meczu i już nie pojawił się na parkiecie. Ostatnie spotkanie oglądał z ławki, ubrany w modny garnitur. Tłumaczył się kontuzją lewej nogi, ale znawcy twierdzili, że nie wytrzymał presji chicagowskich Byków. Bodaj po raz pierwszy jego wartość dla kalifornijczyków została w takim stopniu podważona. Ale James Worthy miał przecież wówczas tylko 30 lat i przed nim wiele jeszcze było gier o wysoką stawkę. Jest przecież dziedzicznie obciążony, a nazwisko ciągle zobowiązuje.
All rights reserved MVP Basketball Magazyn 2009 - 2011