Charakter T-Maca
Autor: Wojciech Synowiecki
Tekst nadesłany na konkurs „Opowiedz nam historię”, opublikowany w numerze 16 (kwiecień 2011) MVP Magazyn.
- To koniec, mają nas. Rzeczywiście są dobrzy.
Patrzysz na zegar spod ciężkich powiek, ignorując piekące strumienie potu spływającego do oczu. Spurs prowadzą dziesięcioma, niecała minuta do końca. Plecy bolą, ale tak naprawdę nie pamiętasz już czasów, gdy nie bolały. Jakby tego było mało, kryje cię jeden z najlepszych obrońców w lidze – Bruce Bowen.
Za duża strata, za mało czasu. Już po wszystkim. Zejdziecie z parkietu z rekordowo niską zdobyczą punktową, pójdziesz pod prysznic, pojedziesz do domu... A potem będziesz miotał się w łóżku przez pół nocy, zaciskając zęby z bólu.
- Okej, spróbuję ostatni raz.
Koledzy z drużyny robią ci miejsce na prawej stronie. Dwa kozły, dwutakt, wyjście w górę, ale Bruce nie odpuszcza. Tim Duncan schodzi do pomocy, zostawiając Yao. Oddajesz rzut.
Piłka nie dotyka nawet obręczy.
- Brawo, Yao!
Chiński wieżowiec dobija twój rzut. Może chociaż zachowamy twarz?
- Tak łatwo nas nie wezmą.
Trybuny są prawie puste, nikt już nie wierzy, że cokolwiek z tego zrobicie. To cholerne uczucie, kiedy ludzie wychodzą przed końcem. Sprawiliście zawód kibicom. Wracasz myślami do Orlando. Ile razy już byłeś świadkiem takiego obrazka? Ile razy zawód spotkał ciebie?
- Teraz faul, byle szybko.
Doskakujesz Browna w narożniku, gwizdek. Sfaulowany jeszcze się dziś nie pomylił. Nie myli się także tym razem, trafia oba wolne. Osiem w plecy.
- Dajcie mi piłkę, szybko.
Nie ma już czasu. Gdzieś pod sufitem głośniki robią sztuczny hałas, wybijając rytm bębnów. A może to twoje serce? Teraz nie ma to znaczenia. Liczy się tylko miękka skóra pomarańczowej ukochanej, której poświęciłeś całe życie.
- Tylko mnie nie zawiedź, mała.
Czujesz ją każdą linią papilarną, słyszysz ukochany dźwięk piszczących butów, piłki odbijającej się od parkietu.
- Teraz.
Bowen został na zasłonie, zatrzymujesz się i wychodzisz w górę z tą nienagannie ułożoną ręką. Wypuszczasz piłkę. Delikatnie, bez wysiłku, niemalże z czułością. A ona odpowiada ci cudownym szeptem, kiedy przechodzi przez siatkę. Ci, którzy zostali na trybunach do końca, zagłuszają ją radosnym krzykiem. 35 sekund, pięć punktów do odrobienia.
- Cholera.
Kolejny faul, dwa trafione osobiste. I znowu siedem punktów. Pół minuty do końca. To się nie może udać.
- Nie?
Znowu piłka spoczywa w twoich rękach i tylko od ciebie zależy, co z nią zrobisz. Wiesz, że możesz jej kazać uczynić co tylko zechcesz. Wiesz, że cię posłucha, jeśli tylko odpowiednio ją potraktujesz. Z szacunkiem.
- O to chodzi!
Bowen znów został na zasłonie, ale Duncan wyszedł wysoko, by przejąć krycie. Może to i lepiej? Timmy jest powolny, możesz z łatwością go minąć i zdobyć dwa punkty. Zamiast tego, zatrzymujesz się za łukiem. Tim jest blisko, ale nabiera się na twój zwód, wyskakuje w górę. Nie ma czasu do namysłu. Znajdujesz kontakt między waszymi ciałami i wypuszczasz piłkę w kierunku kosza. Będą
trzy łatwe rzuty osobiste. Nie mogło być lepiej.
- Nie mogło?!
Sędzia gwiżdże, a ty obserwujesz wysoką parabolę lotu piłki... Wpadła! Szansa na akcję
czteropunktową. Rzut wolny to formalność. Wykonujesz je codziennie od ponad dekady.
- Hej, czy to się dzieje naprawdę?
24 sekundy do końca, Spurs wprowadzają piłkę po time-oucie, ale już tylko z trzypunktową przewagą. Mocna obrona nie skutkuje, trzeba faulować. Trafiają obydwa osobiste. 80:75, na zegarze 16 sekund.
- Jednak nie tym razem.
Myślisz o Orlando. O czasach, kiedy jako dzieciak siedziałeś do późna na boisku przed blokiem. Od zawsze mówili ci, że masz talent. Udowodnij to! Z drugiej strony... Okej, miałeś trochę szczęścia, tamte rzuty wpadły. Ale kogo ty chcesz oszukać? Niemożliwe nie istnieje, nie wygrasz tego meczu. Cóż, niektórym po prostu pisana jest przeciętność.
- Nie mnie.
16 cholernych sekund. Ostro kryją, wzięli się do roboty. Wreszcie dostajesz piłkę, ale Bruce nie odpuszcza. Jest twardym obrońcą. Naprawdę twardym. Potrzeba czegoś więcej niż wrodzonego talentu, by grać z takimi ludźmi.
- Potrzeba charakteru.
Kozłujesz do linii rzutów za trzy, Bruce nie odpuszcza. Ale kiedy wychodzisz w górę, wszystko przestaje istnieć. Jesteś tylko ty, skórzana piłka w twojej dłoni i obręcz, wielka jak kontener. Nie słyszysz tłumu, ani nawet zawodników na parkiecie. Nie widzisz ręki Bruce'a przed twarzą. Trafiłbyś nawet po ciemku.
- Już tylko dwa. To mój wieczór. Na zawsze.
Spurs wybijają piłkę z boku, trafia do Browna w narożniku boiska.
- Mam cię!
Dopadasz go, podwojenie. Brown traci piłkę, a ona toczy się po parkiecie prosto w twoje ręce... Zupełnie jakby to było jedyne miejsce na świecie, w którym czuła się dobrze. Sześć sekund. Nagle ktoś wyłącza dźwięk i spowalnia wskazówki. Ruszasz naprzód, mijając kolejnych przeciwników. Odbijasz piłkę od parkietu pewnie, nie wykonując żadnych zbędnych ruchów. Stajecie się jednością, uzupełniacie się wzajemnie. Wiesz już dokładnie, co trzeba zrobić. To twoja noc. Mógłbyś spróbować doprowadzić do remisu. Jednak... Wygrywają tylko ci, którzy mają odwagę sięgnąć po zwycięstwo. Tylko ci, którzy mają charakter. Zegar wybija bezlitośnie kolejne sekundy.
- Trzy.
Wyskakujesz w górę tuż przed linią rzutu za trzy punkty. Teraz już nie ma odwrotu. Tylko ty, ona, i tysiące rzutów, jakie oddałeś na treningach.
- Dwa.
Pomarańczowa piękność opada swobodnie z idealną wsteczną rotacją. Na całej hali nie ma nikogo, kto by jej nie śledził, nikogo, kto nie wstrzymałby oddechu. Talent. Pasja. Charakter...
- Jeden…
Z pamiętnika New York Knick’a
Autor: Roman Partykowski
Tekst nadesłany na konkurs „Opowiedz nam historię”, opublikowany w numerze 16 (kwiecień 2011) MVP Magazyn.
14 lipiec 1990 – Kolega zawiesił dziś kosz na śmieci (bez dna) na latarni na parkingu i ku mojemu totalnemu zaskoczeniu zaczął rzucać do niego piłką… tak zaczęła się moja przygoda z graniem w koszykówkę… Do moich 12 urodzin zostały jeszcze 3 miesiące…
12 lipiec 1992 – W polskiej telewizji puszczono dziś powtórkę meczu z play-offów NBA New York Knicks – Detroit Pistons. New York wygrał mecz i całą serię 3-2. Dowiedziałem się co to jest Madison Square Garden i jak zachowują się fani Knicks – głośnym śpiewem żegnają oni graczy Pistons :„Na, na, na, na, na, na, hey, hey, good-bye!”. Tego dnia w moim życiu zaszła duża zmiana – stałem się fanem pomarańczowo niebieskich Knickerbockers.
29 maja 1993 - Oglądając powtórkę meczu Knicks – Bulls w pewnym momencie podskoczyłem na równe nogi i zacząłem skakać jak opętany po całym pokoju, rycząc na cały regulator „Wow, wow!”. Na pytanie mamy „Co się stało?” wykrzykuję podekscytowany „Widziałaś Starksa skaczącego nad Jordanem i Grantem?” – „Oj, ty i ta twoja koszykówka…” – odpowiedziała mama, zupełnie niezainteresowana kontynuowaniem rozmowy na ten temat.
10 marzec 1997 - Dziś miałem próbną maturę z j. polskiego. Poszło mi całkiem spoko, choć na egzaminie byłem trochę niewyspany – w nocy na DSF-ie leciał mecz Knicks – Bulls. Warto było zarwać noc, aby zobaczyć jedną z tylko 10 porażek Bulls w całym sezonie, i to właśnie przeciwko Knicks. Go NY!
18 maja 1997 - Już po maturze pisemnej. Czuję, że wszystko będzie do przodu. Gorzej z Knicks – dzięki PJ Brownowi z Heat i wywołanej przez niego bójce w II rundzie play-offów Knicks nie zagrali dalej z Bulls w finale konferencji. I tak czeka mnie długi i ciągnący się z perspektywy koszykówki sezon letni pełen zastanawiania się „Co by było gdyby nie ta bójka…?”.
3 maja 1998 - Niedługo sesja na studiach, już zaczynam „ryć” literaturę angielską. A w NBA Knicks eliminują Heat z play-offów w pierwszej rundzie – jak to mówią „What goes around, comes 35 sekund, pięć punktów do odrobienia. around”.
25 czerwca 1999 - Kumpel (też fan Knicks) akurat wyjechał do Nowego Jorku gdy Knicks dotarli do finału – ale szczęściarz… Droga Knicks do finału niczym bajka, a najbardziej pamiętny moment, to rzut Houston’a, który wysyła Heat po raz drugi z rzędu na wcześniejsze wakacje – jedyne pocieszenie po porażce ze Spurs w finale ...
21 maja 2000 - Obroniłem pracę licencjacką z historii USA – zostały jeszcze dwa lata rycia… Knicks eliminują Heat po raz trzeci z rzędu w pierwszej rundzie play-offów. Mourning, Riley i spółka mają pewnie pomarańczowo-niebieskie koszmary senne.
14 kwiecień 2010 - Dobiega końca tak zwana „Zagubiona Dekada New York Knicks”, gdzie wyrażenia takie jak „frustracja”, „najwyższe płace i niskie wyniki”, „beznadziejność”, „Isiah Thomas”, „Marbury- drama” spędzały sen z powiek fanom Knicks. Pocieszenie? Przetrwałem i nadal jestem fanem NYK.
PS: Kluczowe słowa, niezbędne do przetrwania „Zagubionej dekady…”: David Lee, Nate Robinson, Donnie Walsh…
8 maja 2010 - Jak co dzień sprawdzam stronę NBA, patrzę, a tu NBA Europe Live 2010 z udziałem Knicks w Paryżu. Magiczna data to 6 X 2010. Nie wierzę własnym oczom. Mam szansę zobaczyć Knicks na żywo! To tylko godzina lotu. Czekałem na tę chwilę 19 lat…
26 czerwiec 2010 - Kupuję bilet na mecz Knicks w hali Bercy. 18. rząd od parkietu. Na samą myśl o tym dniu czuję się jak dziecko w sklepie z zabawkami.
5 lipiec 2010 - Amar’e podpisuje 5-letni kontrakt i staje się „twarzą” odrodzonych Knicks. A ja mam bilet na drugi ich mecz z udziałem STAT-a. Ceeee-le-brate!
13 sierpień 2010 - Dziś kupiłem bilet na lot do Paryża i zarezerwowałem hotel. Trwa odliczanie, zostały jeszcze 53 dni…
3 października 2010 - Za 2 dni wylatuję do Paryża. Knicks grają dziś w Mediolanie. Wszystkie przygotowania pozapinane na ostatni guzik.
4 października 2010 - Jak co tydzień, w poniedziałek wieczorem wybrałem się z kumplami pograć w kosza na hali. W ostatniej minucie gry wyskoczyłem do zbiórki… Spadając skręciłem kostkę, która momentalnie spuchła jak bania… Potem prześwietlenie i diagnoza lekarska – naderwanie torebki stawowej. W efekcie noga w ortezie i zakaz latania samolotem… Moje marzenie legło w gruzach. Przepadł bilet na mecz, przepadł bilet samolotowy… Brak mi słów na opisanie tego jak się czuję… A czekałem na tę chwilę 19 lat…
27 styczeń 2011 - Powoli wracam na parkiet, głównie trenuję rzuty, po 200-300 trafionych trójek na jedną sesję, staw skokowy pracuje w miarę sprawnie, ale gwałtowne skręcanie to jeszcze wyzwanie. Amar’e jest w pierwszej piątce East All Stars – jako pierwszy Knick od czasów Ewing’a. Good times are back.
21 Luty 2011 - Carmelo & „Mr Big Shot” dołączają do New York Knicks. Cena była wysoka. Trochę czasu upłynie zanim chłopaki się zgrają. Ale przynajmniej teraz fani Knicks mogą być spokojni, o to że przyszłość całego klubu jest w dobrych rękach. Szczególnie, że już w trzecim meczu nowy skład Knicks pokonał Heat na wyjeździe! STAT & MELO & Mr BIG SHOT run this town now! Go NY, go NY, go!
Powrót Iversona
Michał Kawa
Tekst nadesłany na konkurs „Opowiedz nam historię”, opublikowany w numerze 16 (kwiecień 2011) MVP Magazyn.
Jest 7 grudnia 2009 roku. Dzień jak co dzień. Wracam do domu autobusem po mało ciekawych zajęciach. Patrzę na innych pasażerów. Siedzą lub stoją znudzeni, myśląc o tym, że to dopiero początek tygodnia. Nikt nie zdaje sobie sprawy z faktu, że dzisiaj prawdziwe święto!
Dziś Allen Iverson wybiegnie po raz kolejny w koszulce Sixers na parkiet w Wachovia Center. Minęło prawie dwa i pół sezonu i wreszcie wraca. Dla mnie, jego fana, to nieopisane szczęście. W końcu czas spędzony poza Philly był raczej nieudany. Ba! Te trzy mecze, które zagrał w Grizzlies to było upokorzenie! Teraz wraca tam, gdzie wszystko się zaczęło. Wraca, aby odrodzić się niczym feniks z popiołów. Gdy wchodzę do domu mam mętlik w głowie. Mam zaplanowanych na dzisiaj kilka spraw, a przecież muszę zdążyć na mecz. Wieczorem próbuje się uczyć, ale nie jestem w stanie się skupić. Niecierpliwie czekam na moment rozpoczęcia meczu. I w końcu nadchodzi upragniona, tak długo oczekiwana chwila. Wychodzę jeszcze po jakiś napój. Z kuchni wracam biegiem, bo zaczęła się prezentacja zawodników. Patrzę na monitor. Gasną światła, spiker zaczyna wyczytywać nazwiska zawodników pierwszej piątki zespołu gospodarzy. Jako pierwszy na parkiet wybiega Thaddeus Young, następnie Elton Brand i Samuel Delambert. Później spiker wypowiada te niezapomniane słowa: "…z uczelni Georgetown, numer trzy, Allen Iverson!”. Tego momentu długo nie zapomnę. Mój idol, człowiek, na którym starałem się wzorować każdy swój ruch na boisku, prawdziwa legenda wybiega pośród nieopisanej wrzawy i oklasków na parkiet. Standardowo przybija „piątki” kolegom z zespołu, by później nieoczekiwanie minąć cheerleaderki, klęknąć na wielkim logo Sixers i je pocałować. Zupełnie jakby chciał powiedzieć: „Przepraszam, że to tyle trwało, ale w końcu jestem! Wróciłem!”. Euforię kibiców trudno opisać. Sam jestem podekscytowany i wzruszony. Rozpoczyna się właściwe spotkanie. Dodatkowego smaczku całemu redebiutowi dodaje fakt, że zespół gospodarzy gra przeciwko byłemu zespołowi Allena – Denver Nuggets. Iverson gra sporo, bo prawie 38 minut, ale jest to tylko przyzwoity mecz, jak na takiego wirtuoza koszykówki. Notuje jedynie 11 punktów, 6 asyst i 5 zbiórek.
Kładąc się spać rozmyślam nad tym, czego w swojej karierze dokonał mój idol. Stwierdzam z zakłopotaniem, że powrót do dawnej drużyny mógł wypaść nieco lepiej, chociaż przecież nie było tak źle, pewnie to tylko chwilowy spadek formy po tym epizodzie w Memphis. Przecież to jest The Answer, tylko czekać, aż Sixers podpiszą z nim latem nowy, tłusty kontrakt. No bo gdzie indziej miałby grać, jak nie w Philadelphii? „Chyba nie w Turcji” – szydzę w myślach, uśmiechając się sam do siebie…
Ostatnia szansa na zwycięstwo
Autor: Dawid Forystek
Tekst nadesłany na konkurs „Opowiedz nam historię”, opublikowany w numerze 16 (kwiecień 2011) MVP Magazyn.
Po okresie wyczekiwania nadszedł dzień turnieju powiatowej gimnazjady w koszykówkę. Wszyscy podeszli na luzie do tych zawodów, ale można było wszędzie odczuwać nutkę podenerwowania. Naszym celem było miejsce w pierwszej trójce na podium zawodów. Graliśmy u siebie, co pomagało nam w koncentracji przed, i w trakcie spotkań. Po pierwszych paru grach wiedzieliśmy, że ostatecznie jest szansa tylko na 3. miejsce.
Naszymi przeciwnikami była drużyna o średniej wzrostu przynajmniej 185 cm (u nas średnia to około 178 cm), więc byli od nas wyżsi przynajmniej o pół głowy, ale to nie przeszkadzało nam w założeniu paru efektownych "czap". Mecz był bardzo widowiskowy, ale i zacięty. Kiedy oni rzucali trójkę, to my odpowiadaliśmy akcją 2+1. Ostatnia kwarta była bardzo pechowa dla nas, bo niestety piłki - można powiedzieć, że – same wypadały po naszych rzutach z kosza przeciwnika. Pod koniec zdołaliśmy dojść przeciwników z punktami, ale 7 sekund przed końcem udało im się trafić za 3 punkty, co prawie pogrzebało nasze nadzieje na wygraną.
Na time-out’cie ustaliliśmy, że musimy rzucić trójkę, ale tak, żeby złapać faul i mieć 3 rzuty osobiste. Niestety, sędzia nie uznał naszego rzutu za 3-punktowy, tylko za 2, co dało nam 2 osobiste. Po pierwszym nietrafionym rzucie wzięliśmy czas i ustaliliśmy, że drugi rzut osobisty będzie niekonwencjonalny i kolega rzucający odbije piłkę od tablicy tak, żeby udało mi się ją złapać, rzucić trójkę i doprowadzić do dogrywki.
Wszyscy byli bardzo skoncentrowani. Do końca spotkania 4 sekundy. Kolega wziął duży zamach i ... i... i tak mocno rzucił, że nie trafił w ogóle w tablicę, a piłka wyleciała w trybuny! Wszyscy jak staliśmy na boisku, tak zaczęliśmy się śmiać, kłaść na parkiecie i nawet turlać ze śmiechu. Nasz trener zaczął walić głową w ścianę, a trener przeciwników położył się na ławce dla rezerwowych i śmiał się najgłośniej ze wszystkich…
I tak oto nasz mecz, który miał nam dać miejsce na podium, dał nam niezapomniane chwile, z których śmiejemy się zawsze kiedy ktoś o tym przypomni.
All rights reserved MVP Basketball Magazyn 2009 - 2011