Charakter T-Maca

Autor: Wojciech Synowiecki

Praca z konkursu "Opowiedz nam historię"

- To koniec, mają nas. Rzeczywiście są dobrzy.

Patrzysz na zegar spod ciężkich powiek, ignorując piekące strumienie potu spływającego do oczu. Spurs prowadzą dziesięcioma, niecała minuta do końca. Plecy bolą, ale tak naprawdę nie pamiętasz już czasów, gdy nie bolały. Jakby tego było mało, kryje cię jeden z najlepszych obrońców w lidze – Bruce Bowen.

Za duża strata, za mało czasu. Już po wszystkim. Zejdziecie z parkietu z rekordowo niską zdobyczą punktową, pójdziesz pod prysznic, pojedziesz do domu... A potem będziesz miotał się w łóżku przez pół nocy, zaciskając zęby z bólu.

- Okej, spróbuję ostatni raz.

Koledzy z drużyny robią ci miejsce na prawej stronie. Dwa kozły, dwutakt, wyjście w górę, ale Bruce nie odpuszcza. Tim Duncan schodzi do pomocy, zostawiając Yao. Oddajesz rzut. Piłka nie dotyka nawet obręczy.

- Brawo, Yao!

Chiński wieżowiec dobija twój rzut. Może chociaż zachowamy twarz?

- Tak łatwo nas nie wezmą.

Trybuny są prawie puste, nikt już nie wierzy, że cokolwiek z tego zrobicie. To cholerne uczucie, kiedy ludzie wychodzą przed końcem. Sprawiliście zawód kibicom. Wracasz myślami do Orlando. Ile razy już byłeś świadkiem takiego obrazka? Ile razy zawód spotkał ciebie?

- Teraz faul, byle szybko.

Doskakujesz Browna w narożniku, gwizdek. Sfaulowany jeszcze się dziś nie pomylił. Nie myli się także tym razem, trafia oba wolne. Osiem w plecy.

- Dajcie mi piłkę, szybko.

Nie ma już czasu. Gdzieś pod sufitem głośniki robią sztuczny hałas, wybijając rytm bębnów. A może to twoje serce? Teraz nie ma to znaczenia. Liczy się tylko miękka skóra pomarańczowej ukochanej, której poświęciłeś całe życie.

- Tylko mnie nie zawiedź, mała.

Czujesz ją każdą linią papilarną, słyszysz ukochany dźwięk piszczących butów, piłki odbijającej się od parkietu.

- Teraz.

Bowen został na zasłonie, zatrzymujesz się i wychodzisz w górę z tą nienagannie ułożoną ręką. Wypuszczasz piłkę. Delikatnie, bez wysiłku, niemalże z czułością. A ona odpowiada ci cudownym szeptem, kiedy przechodzi przez siatkę. Ci, którzy zostali na trybunach do końca, zagłuszają ją radosnym krzykiem. 35 sekund, pięć punktów do odrobienia.

- Cholera.

Kolejny faul, dwa trafione osobiste. I znowu siedem punktów. Pół minuty do końca. To się nie może udać.

- Nie?

Znowu piłka spoczywa w twoich rękach i tylko od ciebie zależy, co z nią zrobisz. Wiesz, że możesz jej kazać uczynić co tylko zechcesz. Wiesz, że cię posłucha, jeśli tylko odpowiednio ją potraktujesz. Z szacunkiem.

- O to chodzi!

Bowen znów został na zasłonie, ale Duncan wyszedł wysoko, by przejąć krycie. Może to i lepiej? Timmy jest powolny, możesz z łatwością go minąć i zdobyć dwa punkty. Zamiast tego, zatrzymujesz się za łukiem. Tim jest blisko, ale nabiera się na twój zwód, wyskakuje w górę. Nie ma czasu do namysłu. Znajdujesz kontakt między waszymi ciałami i wypuszczasz piłkę w kierunku kosza. Będą

trzy łatwe rzuty osobiste. Nie mogło być lepiej.

- Nie mogło?!

Sędzia gwiżdże, a ty obserwujesz wysoką parabolę lotu piłki... Wpadła! Szansa na akcję

czteropunktową. Rzut wolny to formalność. Wykonujesz je codziennie od ponad dekady.

- Hej, czy to się dzieje naprawdę?

24 sekundy do końca, Spurs wprowadzają piłkę po time-oucie, ale już tylko z trzypunktową przewagą. Mocna obrona nie skutkuje, trzeba faulować. Trafiają obydwa osobiste. 80:75, na zegarze 16 sekund.

- Jednak nie tym razem.

Myślisz o Orlando. O czasach, kiedy jako dzieciak siedziałeś do późna na boisku przed blokiem. Od zawsze mówili ci, że masz talent. Udowodnij to! Z drugiej strony... Okej, miałeś trochę szczęścia, tamte rzuty wpadły. Ale kogo ty chcesz oszukać? Niemożliwe nie istnieje, nie wygrasz tego meczu. Cóż, niektórym po prostu pisana jest przeciętność.

- Nie mnie.

16 cholernych sekund. Ostro kryją, wzięli się do roboty. Wreszcie dostajesz piłkę, ale Bruce nie odpuszcza. Jest twardym obrońcą. Naprawdę twardym. Potrzeba czegoś więcej niż wrodzonego talentu, by grać z takimi ludźmi.

- Potrzeba charakteru.

Kozłujesz do linii rzutów za trzy, Bruce nie odpuszcza. Ale kiedy wychodzisz w górę, wszystko przestaje istnieć. Jesteś tylko ty, skórzana piłka w twojej dłoni i obręcz, wielka jak kontener. Nie słyszysz tłumu, ani nawet zawodników na parkiecie. Nie widzisz ręki Bruce'a przed twarzą. Trafiłbyś nawet po ciemku.

- Już tylko dwa. To mój wieczór. Na zawsze.

Spurs wybijają piłkę z boku, trafia do Browna w narożniku boiska.

- Mam cię!

Dopadasz go, podwojenie. Brown traci piłkę, a ona toczy się po parkiecie prosto w twoje ręce... Zupełnie jakby to było jedyne miejsce na świecie, w którym czuła się dobrze. Sześć sekund. Nagle ktoś wyłącza dźwięk i spowalnia wskazówki. Ruszasz naprzód, mijając kolejnych przeciwników. Odbijasz piłkę od parkietu pewnie, nie wykonując żadnych zbędnych ruchów. Stajecie się jednością, uzupełniacie się wzajemnie. Wiesz już dokładnie, co trzeba zrobić. To twoja noc. Mógłbyś spróbować doprowadzić do remisu. Jednak... Wygrywają tylko ci, którzy mają odwagę sięgnąć po zwycięstwo. Tylko ci, którzy mają charakter. Zegar wybija bezlitośnie kolejne sekundy.

- Trzy.

Wyskakujesz w górę tuż przed linią rzutu za trzy punkty. Teraz już nie ma odwrotu. Tylko ty, ona, i tysiące rzutów, jakie oddałeś na treningach.

- Dwa.

Pomarańczowa piękność opada swobodnie z idealną wsteczną rotacją. Na całej hali nie ma nikogo, kto by jej nie śledził, nikogo, kto nie wstrzymałby oddechu. Talent. Pasja. Charakter...

- Jeden…

Wojciech Synowiecki

All rights reserved MVP Basketball Magazyn 2009 - 2011